Wpisy
Polecam literacki blog roku!
http://krytycznymokiem.blogspot.com/
Każdego miesiąca kilka lub nawet kilkanaście recenzji literackich nowości wydawniczych, powieści.
Czechowicz już ponad cztery lata recenzuje, czyta bardzo dużo. Jego sposób interpretacji jest wprawdzie różny od mojego, ale śmiało mogę polecić innym moim czytelnikom
"Szczeniaki" to bardzo ogniste, południowoamerykańskie opowiadanie, cenionego noblisty Llosy. Poznajemy grupkę młodych chłopców z podstawówki z dużego miasta, prawdopodobnie stolicy Peru, Limy. Narrator nie podaje nazwy miasta, padają za to często nazwy ulic, placów, knajp. Wszystko się kręci wokół Kutasika Cuellara, syna zamożnych rodziców. Zjednuje sobie kolegów dość wariackimi wyczynami i tak rozwija się fabuła wokół Kutasika, który swoje przezwisko zawdzięczał ugryzieniu przez psa w wiadome miejsce, w okresie kiedy on i koledzy szkolni byli jeszcze dziećmi. Akcja posuwa się aż do lat młodzieńczych. Kumple poznają swoje pierwsze dziewczyny, jedynie Kutasik wciąż sam chodzi po knajpach. Kumple zaczynają coś podejrzewać, choć nie mówią tego wprost, porozumiewają się między sobą aluzjami, zaś Kutasika nawet nie próbują o te sprawy zagadywać. Czyli, że są w porządku, jak by to można powiedzieć żargonowo. Akcja rozwija się szybko do przodu, lata lecą, a Kutasik wciąż sam. Teraz już wszyscy wiedzą, jeździ po mieście dużym samochodem z młodymi chłopcami. Na tym można by zakończyć streszczanie fabuły. Urzekło mnie w tej literaturze piękno języka, bohaterowie są wobec siebie więcej niż porządni, oni się bardzo lubią, jedynie Kutasik w miarę upływu lat zaczyna mieć pewne kłopoty, staje się nerwowy i kłótliwy. Nie odtrącają go, ale mu współczują, nawet nie chcą żadnych wyjaśnień od niego. Narrator jest bardzo dyskretny. Raz tylko pada słowo "pedał", kiedy już wszyscy w mieście mogą zobaczyć go w samochodzie pełnym młodszych chłpaców. Mój opis "Szczeniaków" być może przypomina trochę wypracowanie szkolne na temat lektury, bo rzeczywiście to pozycja, która mogłaby się stać lekturą szkolną w homofobicznej Polsce.
I powyższe uwagi powinien pisać również uczeń podstawówki, gimnazjum czy liceum.
Warto też zauważyć, że język narracji jest bardzo nowoczesny. Jeśli dla kogoś język "Wojny polsko-ruskiej" Doroty Masłowskiej był odkrywczy, to znaczy, że miał na bakier z literaturą światową. Llosa w ogóle nie używa mylśników, nie wydziela z tekstu dialogów, ani nie wprowadza słów zapowiadających czyjeś słowa, typu: powiedział, wykrzyknał, itp. Zdania opisujące sytuację zawierają również dialogi. Narrator pisze na przykład, że piątka przyjaciół spotkała się w knajpie: usiedli przy wolnym stoliku, zawołali kelnera, coś taki smutny Kutasiku, daj mi spokój Lolo, wypili z dwadzieścia butelek piwa. Słowa bohaterów wplatane są w opis sytuacji, opis zdarzenia jakiegoś konkretnego czy opis wartkiej akcji. Data wydania "Szczeniaków" to rok 67, zaś "Wojny polsko-ruskiej" to rok 2002. O tyle czasu byliśmy zacofani. Ale nie chciałem tego od razu przyjąć do wiadomości.
Chciałem się czegoś chwycić, żeby ratować próżną polską dumę. Zajrzałem do "Pamiętnika z powstania warszawskiego" Mirona Białoszewskiego, pomny że poeta napisał tę relację z powstania językiem potocznym. Jakieeeeeż było moje zdziwienie, kiedy zobaczyłem tradycyjny zapis dialogów i w ogóle tradycyjny, właściwie dzisiaj już staroświecki, zapis narracji. Tak sobie pomyślałem, ile to do dzisiaj produkuje się książek nie tylko z tradycyjnym zapisem narracji, ale również ze staroświeckim, tzw. literackim słownictwem. To tak, jakbyśmy dalej produkowali polonezy i stare modele fiatów i Daewoo, trzymając się zasady, że co dobre i sprawdzone, jest najlepsze. A przecież tak nie jest...
Bohaterowie: Kutasik Cuellar, Lolo, Choto, Manuco, Chingolo, Chabuca, China, Fina, Terasita, Cachito.
"Szczeniaki" Mario V. Llosa
Znak, 2011, Kraków.
Czy nie zastanawiało was nigdy ilu w Polsce mieszka Sienkiewiczów, a ilu Gombrowiczów?
Dzięki portalowi moikrewni.pl/mapa sprawdziłem szereg nazwisk literackich. Od razu zauważyłem, że nazwiska obecnie bardzo popularne należą do popularnych pisarzy: 11 tysięcy Sienkiewiczów, 3 tysiące Mickiewiczów, zaś tylko 31 Słowackich i ani jednego Gombrowicza. Miłoszów 2700 i 1200 Witkiewiczów, zaś ani jednego Tyrmanda i 72 Herbertów. Można sobie zażartować, że to liczne rodziny, bliskie, dalekie i te najdalsze pisarzy zrobiły im bardzo dobry pijar. Czego nie mogli zrobić nieliczni Gombrowicze czy Słowaccy. Ale to raczej jest tylko żart analogia, niż poważne wnioski. Warto jednak moim zdaniem przyjrzeć się pozostałym analogiom, jakie nazwisko i jak to jest z popularnością? Takim jakby wyjątkiem analogicznym
jest Lem, którego książki są nadal popularne, zaś samych Lemów jest ledwie 35.
klejnocki – 20
klimko-dobrzaniecki -0 czy to aby nie pseudonim? tak jak shuty
Illg – 19
lem – 35
Krasnowolski – 13
bratny – 4
rywin – 2
stuhr – 7
fredro – 9
prus – 6800
konwicki – 114
hłasko – 94
konopnicka – 252
reymont – 48
słonimski – 22
tuwim – 1
lechoń – 1
tetmajer – 10
kasprowicz – 4000
przybyszewski – 2400
norwid – 1
makuszyński – 12
nałkowska – 3
białoszewski – 155
Huelle – 10
rodziewiczówna – 0
kaden-bandrowski – 0
orzeszkowa – 0
stokfiszewski – 8
grydzewski – 1
putrament – 4
gałczyński – 1000
bałucki – 107
miciński – 162
rittner – 27
dygasiński – 16
dygat – 3
irzykowski – 213
jastrun – 4
peiper – 0
ważyk – 1
wat – 0
asnyk – 0
herling-grudziński – 0
huberath – 0 pseudonim
newerly – 0
rodan – 1
tkaczyszyn-dycki – 1
varga – 31
woroszylski – 2
gombrowicz – 0!
tyrmand – 0
witkiewicz – 1200
miłosz – 2700
herbert – 72
dehnel – 43, niemcy -103, berlin – 13
orbitowski – 3 osoby! 2 w krakowie
kofta, warszawa – 8
lipszyc – 38
dukaj – 10
stasiuk – 1887
malzahn – 20
jaruzelski – 10 osób
andrzejewski – 11 tyś
Czyżby młodzież nie czytała już Hłasko? Mówiąc żartobliwie.
Konopnickiej nazwisko bardziej popularne od Tuwima czy Norwida. Czyż nie jest również tak w praktyce czytania? „Popiół i diament” ponoć czytali wszyscy, pomijając roczniki 90te i być może 80te – dzieci kapitalizmu. Andrzejewskich w bród. Popularny Gałczyński do dziś, zarówno jako poeta jak i nazwisko jego, jest na pewno chętniej czytany, niż Orzeszkowa, której już nazwiska w Polsce nie ma. Znikła gdzieś popularna Rodziewiczówna, nie ma w ogóle Mniszkówny, której „Trędowatą” czytała jeszcze lekarka w „Zmiennikach”:) Co się popłakała nad powieścią:) No i kto nie czytał „Lalki”?

Te cztery powieści to studium szaleństwa. Możemy dokładnie śledzić narodziny, zalążki szaleństwa. Jak się rozwija, wyrasta, a potem jego wybuch. Zawsze jest jakaś granica, którą przekraczają bohaterowie, choć nie ze swojej woli. Skłaniają ich do tego złe okoliczności. Śmierć kobiety głównego bohatera u Łelebeka czy bezwględność innych ludzi u Paula Austera. Co ciekawe u francuskiego pisarza zdajemy sobie sprawę z szaleństwa bohatera dopiero na końcu książki. Tymczasem u Austera wyczuwamy to dużo wcześniej. Nie wiem czy uprawomocniony wniosek z tego jest taki, że Amerykanie są ludźmi mniej skrytymi, że można łatwiej i szybciej ich ocenić. Na pewno jednak to szaleństwo jest gdzieś w ludziach ukryte, z czego nawet oni sami nie zdają dobrze sobie sprawy.
W "Trylogii Nowojorskiej" szaleństwu ulega pisarz, humanista, nie człowiek interesu. W "Muzyce przypadku" również mamy do czynienia z człowiekiem czytającym książki. U Łelebeka to samo, bohaterem jest urzędnik w ministerstwie kultury. Czyżby ludzie czytający byli bardziej narażeni na obłęd? A może jest odwrotnie, właśnie tacy ludzie sięgają po książki, bo przeczuwają w sobie chorobę? Spotkałem się już z taką opinią na temat książek, że są zapisem stanu choroby piszących, choćby od literaturoznawcy Stanisława Beresia. Wydaje mi się jednak, że są to w gruncie rzeczy sytuacje tak naprawdę wyjątkowe. I u piszących i u czytających. Jest to ciekawy i atrakcyjny temat, nie zaś powszechne zjawisko. Znam dość dobrze współczesne środowisko literackie młodego pokolenia i wiem dość dobrze kto jest szalony, a kto nie. Może kogoś rozczaruję, ale przeważająca większość tych ludzi, to ludzie zdrowi na umyśle i czasami aż zbyt poprawni w kontaktach międzyludzkich.
Moje zdjęcia: FOTOGRAFIE w Biurowcu Sztuki w Suwałkach, w Galerii Plaza, grudzień 2010.
Piętnaste urodziny Teatru Plama.
"Instytut" to całe zło tego świata. Choć ta powieść zaczyna się młodzieżowo, tzn. skłania do takiego odbioru, to jednak powoli przestaje taką być, kiedy lepiej poznajemy bohaterów i zło, które ich więzi.
Nie wiem ile słów trzeba napisać w recenzji, żeby oddać klimat i atmosferę tej książki. Klimat, czyli horror i atmosferę, czyli przygody ludzi w średnio młodszym wieku, uwięzionych w dużym mieszkaniu w zabytkowej krakowskiej kamienicy przy ruchliwej alei. Jak zwyklę oprę się na sugestywnych fragmentach, ale inaczej niż zwykle, nie będę streszczał książki, skoro już na samym początku wszystkiego się dowiadujemy. Nowym moim czytelnikom wyjaśnię, że dzieło sztuki nie opiera się na zagadkowym zakończeniu, tak więc nie ono jest ważne. W dziele sztuki zakończenie stanowi taką część, jak wszystkie inne części i czytelnik recenzji, szkicu literackiego, powinien je znać, by nabrać rozeznania, czy rzeczywiście ma do czynienia z utworem artystycznym. Powiem tylko, że główną postacią, która opowiada histroię, jest Agnieszka koło czterdziestki, która dziedziczy po babci mieszkanie w Krakowie. Z powodów różnych, ale istotnych, nie może sprowadzić z Warszawy swojej córki i można powiedzieć, że jest w kropce.
To jest punkt wyjścia dla tej historii, ale to tylko niewinny punkt. Żulczyk to bardzo dobry warsztatowiec.
Jeden z tych ludzi uwięzionych w mieszkaniu Agnieszki, były chłopak Agnieszki, Rumun:
"Przecież komuna wcale się w Polsce nie skończyła, mówi Rumun. Kapitał pozostał w tych samych rękach. To zawsze były ręce prywatne. Kiedyś te pieniądze leżały na szwajcarskich kontach. Potem kupiono za nie fabryki kabli, założono firmy importujące sprzęt komputerowy, banki. Ale to ci sami ludzie, mówi Rumun. To Oni. Mówi o tym bez żadnego niezdrowego podniecenia, które zwykle towarzyszy wygłaszaniu tego typu teorii. Mówi o tym cicho, lekko tylko rozchylając usta, powoli zaciągając się papierosem, wzruszając ramionami".
Egzaltowane opisy wywołujące uśmiech na twarzy u czytelnika:
"Gówno prawda, mogłam sobie mówić, że przeżyła godne i długie życie, odeszła otoczona miłością, wsparciem i tak dalej, ale tak naprawdę rosła we mnie rozpacz, zatykała mi klatkę piersiową tak, jak kłaki zatykają filtr od odkurzacza, rozpychała mi przełyk, właziła do ust. Babcia Wera nie powinna nigdy umrzeć".
Agnieszka nie lubi barda z Brackiej i piosenki o deszczu na Brackiej, co może dziwić zwykłego czytelnika, zwykle zachwycającego się bardem z Krakowa, który nie chce u siebie stolicy. Bo kto proszę państwa lubi w tym kraju Warszawę? Oto jest pytanie. Również do was, czytelnicy mojej recenzji. (uśmiech). Przypuszczam, że może to być opinia samego autora - Jakuba Żulczyka. Proszę go o to zapytać na spotkaniu autorski w moim imieniu, proszę bardzo.
Dowiadujemy się w trakcie lektury, że Agnieszka wymieniła gniazdki elektryczne. Jaki jest mój komentarz? Ja wiem, że zwykle dobra literatura nie operuje schematem zarówno co do linii fabularnej przyczynowo-skutkowej, jak i budowy postaci. Schematy odrzuca się precz. Ale szkoda, że autor nie wziął sobie tego do serca, bo taka trzeciorzędna sprawa dla fabuły, jak to, że Agnieszka będąc kobietą artystką, sama wymienia elektrykę, jest nawet i trochę śmieszna, tak mało wiarygodna. Na pewno nie jest to schemat, ale co z tego, kiedy nie przekonuje... Właśnie. Zastanówmy się teraz jaki to gatunek "Instytut"? To gatunkowy horror. A każdy gatunek, czy to powieść kryminalna, czy horror, czy powieść fantastyczna operuje jakimś schematem, tak samo jak kino gatunkowe. Żulczyk albo zakpił ze schematyczności obdarowując Agnieszkę taką męską umiejętnością, albo może z dobrą wiąrą postarał się dodać czegoś niezwykłego Agnieszce. W obu tych przypadkach, u mnie i jak myślę, że i u innego czytelnika, może to wywołać uśmiech, a nie aplauz. Kolejna rzecz, która jest niezwykła u Agnieszki, to jej słowa o swoim życiu erotycznym w Krakowie. Ma lat dość sporo, a zwierza się czytelnikowi w jaki sposób poznawała facetów: "To był naturalny element tej całej maskarady, seks z młodymi, ładnymi i obcymi chłopakami(...)". Spotkałem się we współczesnej literaturze amerykańskiej z takim podejściem do seksu u dojrzałej kobiety, w "Złych małpach" Matta Ruffa, ale biorąc pod uwagę polskie realia obyczajowe wydaje się to mało wiarygodne, a tym samym nie budzi w czytelniku, przynajmniej u mnie, żadnego większego wrażenia. Mówiąc inaczej, ten epizod z życia Agnieszki nie jest użyty artystycznie, jak to się mówi: nie gra artystycznie.
Agnieszka opowiada z egzaltacją o swoim zakochaniu się w Jacku, którego poznaje w knajpie Kot. Pracuje w niej razem z Igą, są barmankami, Iga mieszka u Agnieszki. Knajpa Kot nazywa się tak samo w powieściach kryminalnych Marcina Świetlickiego z detektywem nieprzysiadawalnym i biorącym zaliczki plus koszty własne. Ale pierwszą kolację jedzą z Jackiem w Wierzynku. Co wydaje się już mocno schematyczne, bo kto w liceum nie uczył się o knajpie Wierzynek, w której jedli razem w średniowieczu polski i niemiecki król? Aż czytelnik wraca wspomnieniami do innej knajpy, o której też uczył się w liceum, w której grał kabaret Zielony Balonik ze Stanisławem Przybyszewskim, ale akurat Zielonego Balonika nie ma w "Instytucie".
Są za to inne "żelazne" punkty turystyczne: " Potem piliśmy w każdej knajpie na Kazimierzu. Potem, o świcie, pijani jak torpedy pieprzyliśmy się pod Wawelem, a obok nas przejeżdżały pierwsze taksówki".
Tak, ale to są tylko szczególiki, które nie wszystkie grają artystycznie, bo gra artystycznie zupełnie co innego: atmosfera horroru, zwroty akcji, sztuczki rodem z powieści kryminalnej, powolna narracja budująca cały ten wciągający świat przedstawiony Krakowa, mieszkania z nazwą na domofonie: Instytut i w oddali tło Warszawy. Choć może dla kogoś, przyzwyczajonego do pop kultury, każdy taki szczególik gra?
Ocenicie sami całość, kiedy przeczytacie "Instytut". Kto już z Was czytał, ten myślę, zgodzi się ze mną, że to najlepsza książka Żulczyka. Ocena ogólna: Super. Czy też ekstra, jak się mówi w stolicy.
Jakub Żulczyk
Instytut
Kraków, Znak, 2010

Temat numeru Co Robić? - Literacki restart kina polskiego.
W numerze: Ankieta - Co robić? - literacki restart kina polskiego:
Paweł Dunin-Wąsowicz, Jakub Winiarski, Anna Marchewka, Jarosław Lipszyc, Marta Syrwid, Piotr Macierzyński, Mariusz Pisarski, Adam Bolewski,
Agnieszka Wiśniewska, Tadeusz Lubelski, Juliusz Strachota, Krzysztof Tomasik, Marta Dzido, Joanna Pawluśkiewicz, Zbigniew Masternak, Michał Tabaczyński, Grzegorz Wysocki, Marcin Wilk,Łukasz M. Maciejewski, Jaś Kapela, Joanna Ostrowska, Kamil Śmiałkowski, Łukasz Saturczak, Grzegorz Jankowicz, Jan Krasnowolski, Darek Foks, Eliza Szybowicz, Bernadetta Darska, Maciej Pisuk, Marta Sztanka, Tomasz Piątek, Agnieszka Jakimiak, Jerzy Franczak, Błażej Warkocki, Joanna Orska, Jakub Majmurek, Wojciech Rusinek, Jakub Momro, Jarosław Pietrzak, Łukasz Orbitowski, Sylwik Chutnik, Inga Iwasiów, Maciej Parowski, Anka Sasnal, Przemysław Czapliński, Bożena Keff
Zaglądajcie do empików!
Kim był Rysio Apte, że napisano o nim książkę? Rysio był uzdolnionym gimnazjalistą z elitarnej, krakowskiej przedwojennej szkoły, której matura pozwala na studiowanie bez egzaminów wstępnych, w każdej wyższej polskiej uczelni. Przed wojną rysował obrazki do czasopisma "Okienko dzieci", świetnie grał na fortepianie. Już później narysował szereg przejmujących szkicy, inspirowanych tzw. szkołą brutalistów, przez które przewija się twarz bardzo wychudzonego, chorego czy może umierającego człowieka w salonie u fryzjera, w celi, na ulicy w mieście, we śnie, przed komisją wojskową. Do tego seria szkiców ze świętym Sebastianem ukrzyżowanym przez Niemców, witającym się z dziećmi na ulicy, w kontakcie z krwawiącym człowiekiem podczas ostatecznej rozprawy sądowej. Dziennikarze Wyborczej, którzy zrekonstruowali losy Rysia Apte, od czasów dzieciństwa w Krakowie po wywóz do obozu koncentracyjnego z Wieliczki, piszą, że święty Sebastian był od zawsze ulubionym motywem homoseksualnych malarzy. Dodają, że zaczytywał się w Prouście. Przyjaciel Rysia, Henryk Vogler, asystent u jego ocjca, miał później po wojnie napisać, że zaskoczył go "temat Charlusa" pojawiający się w stosunkach między męskimi bohaterami powieści Rysia, którą będzie pisał w czasie wojny. Nie miał żadnej sympatii w gimnazjum, za to wiele wielbicielek jego wierszy i grania. Fascynował go profesor Feldhorn od polskiego i historii. Wiele wskazuje na to, że był homoseksualny. Piotr Głuchowski i Marcin Kowalski zrekonstruowali życie chłopaka, jego rodziny i przyjaciół z gimnazjum. Przetrwały tylko obrazki Rysia, które są już dojrzałą opowieścią o czasach zagłady i pogromu. Przetrwały u rodziny Piaseckich z Wieliczki, ostatniego miejsca ukrywania się rodziny Aptego. Rysował i pisał, by nie poddać się wojennej machinie i po to chyba, by nie dać się zawładnąć strachowi.
Tytuł książeczki sugeruje, że mamy do czynienia z niedokończoną powieścią Rysia Aptego, tymczasem jak już wspominałem jest to rekonstrukcja tamtych wydarzeń.
Ojciec Rysia był zamożnym prawnikiem i członkiem żydowskiej loży masońskiej. Matka prowadziła salon literacko-towarzyski. w którym "młode przyjaciółki literatów i dziennikarzy kołysały się na kolanach mężczyzn". To zdanie wzbudziło we mnie pewien znak zapytania, ale być może jest to pewna fantazja autorów. Wiele w książce się mówi o starym, dobrym Krakowie, jego ludziach, architekturze i życiu w mieście. Rodzina Apte po wybuchu wojny ucieka do Lwowa, w którym jest tylko trochę bezpieczniej, ponieważ Lwów był już opanowany przez wojsko radzieckie, NKWD i trzeba było uważać na to, co się mówi głośno. Trudno było o żywność, wszędzie stały kolejki w sklepach. Ojciec Apte miał mówić do syna: "Socjalizm cechuje się tym, że każdy może w nim zostać strącony z piedestału albo zniszczony za nic. Tu nie ma świętych, synku, tu donos kołchoźnika wystarczy, by zamknąć w obozie członak komitetu Centralnego patrii". Słowa trochę dziwne, jak na masona, ale widocznie można tam było zobaczyć ów radziecki "socjalizm" i właściwie go ocenić.
Kiedy Niemcy bombardują Lwów rodzina Apte ucieka do Wieliczki. Jednak po jakimś czasie Niemcy w Wieliczce tworzą żydowskie getto, a potem organizują wywózkę do pobliskiego lasu lub do obozu koncentracyjnego. W opisie życia Rysia Apte wiele miejsca poświęca się na relację jego z bliskimi mu osobami. Na to, o czym się rozmawiało przed wojną i w czasie wojny. Rysio mimo wojny nadal interesował się literaturą i rysunkiem. Zapiski przyjaciela Rysia, Henryka Voglera o ich wspólnych rozmowachj, pokazują, że ich wpólne tematy były dalekie od tego co się wówczas działo w getcie żydowskim. Niemcy ściągali z Żydów haracz, wzamian za spokój. Po wielu zbiórkach pieniędzy, kosztowności Niemcy jednak rozpoczęli masowy pogrom getta.
Rekonstrukcja lat wojny robi bardzo duże wrażenie. Czytelnik jest postawiony w roli ofiary, którą ktoś bez realnego powodu chce zabić. Wprawdzie padają gdzieś pod koniec książeczki słowa Niemca do Polaków, że od tej chwili są już wolni od Żydowskich wyzyskiwaczy i ciemiężycieli. Ale są to jednak słowa nieprawdziwe i niesprawiedliwe. Polacy nie chcieli zabijać Żydów, nawet jeśli jakoś forma antysemityzmu się szerzyła w ówczesnej Polsce. Czytelnik po lekturze tej książki może poczuć, że teraz lepiej rozumie polskich Żydów i że bardzo im współczuje, tego co się stało w czasie wojny. Zwłaszcza mając lekturowy kontakt z sympatycznym Rysiem. To dobra książka, bo pokazując straszne realia, w jakich przyszło żyć kolegom Rysia i jego rodzinie, może wzbudzić empatię. Dołączone do książki rysunki dopełniają tego piekielnego obrazu. Można również pogratulować wydawnictu Ha!art pięknego wydania tej publikacji.
Apte. Niedokończona powieść.
Piotr Głuchowski
Marcin Kowalski
Korporacja Ha!art
Kraków 2010
"Stanie się czas" to fajna, przyjemna, krótka powiastka SF znanego w USA autora Poula Andersona.
Poznajemy głównego bohatera Jacka Haviga kiedy jest jeszcze dzieckiem. Ma fantastyczny dar przenoszenia się w czasie. W innych światach żyje kilka miesięcy albo i rok, a potem wraca do tej chwili w czasie, w której wyruszył w podróż w czasie. O Jacku opowiada nie wszechwiedzący narrtor, ale również postać z książki. Jest nim powiernik Jacka, lekarz rodzinny, przyjaciel rodziny. To ciekawy zabieg narracyjny, bo skoro o tym wszystkim opowiada nam przyjaciel Jacka, możemy z góry założyć przy czytaniu, że pewne sprawy mogą mu być nieznane. Logiczne jest więc, że niektóre podróże Jacka doktor zna tylko połowicznie, a z kolei mniej ważne wydarzenia zna bardziej szczegółowo. Taki zabieg narracyjny usprawiedliwa również niewielki rozmiar książki, przypominającą w formie bardziej długie opowiadanie, niż prawdziwą powieść. Biorąc również pod uwagę fakt, że wszystko się dzieje linearnie, od dzieciństwa po wiek dojrzały głównej postaci. A dzieje się dużo, Jack wciąż przenosi się w czasie i do różnych, zarabia mnóstwo pieniędzy handlując kosztownościami i walutą. I tu właściwie wypada mi zamilczeć na temat jego historii, ponieważ dzieje się ona po kolei, więc streszczanie jej byłoby pozbawianiem frajdy z czytania. Ciekawy jest motyw cywilizacyjny i kulturowy. Jack porównuje się mentalnie i kulturowo z innym podróżnikiem w czasie, który zbudował w przeszłości osadę dla takich jak oni. Ich metody działania podczas podróży w czasie są oceniane, jako prymitywne i nieludzkie, co tłumaczy nam narrator doktor, powtarzając słowa Jacka, od którego usłyszał sąd, że prymitywność i bezwględność tamtych podróżników w czasie wynika z ich osadzenia, czyli wychowania w minionych wiekach. Brzmi to dosłownie jak gloryfikacja teraźniejszych czasów, kulturalnych i rozwiniętych cywilizacyjnie, w których wychował się Jack, w połowie XX wieku. Ciekawa jest również "doskonała pamięć" narratora doktora, który przecież nie kreuje się na wszechwiedzącego, a mimo to opowiada ze szczegółami o wielu rzeczach, kto co kiedy powiedział, jak wyglądał i nawet co czuł. Dość to naiwne, ale od młodego czytelnika zwykle właśnie autor spodziewa się takiej naiwności, dzięki której będzie mógł on zatopić się w przygodach bohatera. "Stanie się czas" to dobra, na przyzwoitym poziomie literatura młodzieżowa. Polecam.
Poul Anderson
Stanie się czas
Prószyński
Warszawa 2010
Książka była bezpłatnym dodatkiem do miesięcznika Nowa Fantastyka
Tajna Słowacja, tajne Czechy, tajna Litwa itd. : te kraje po transformacji zaczynają nowy etap rozwoju, również w literaturze, muszą pokazać europie kim i czym są. Ale teraz są tajne.