recenzje literackie

Wpisy

  • poniedziałek, 16 stycznia 2012
  • wtorek, 15 listopada 2011
  • czwartek, 26 maja 2011
    • Obowiązkowa lektura szkolna - "Szczeniaki" Mario Vargasa Llosy

                                                                                                              


                              "Szczeniaki" to bardzo ogniste, południowoamerykańskie opowiadanie, cenionego noblisty Llosy. Poznajemy grupkę młodych chłopców z podstawówki z dużego miasta, prawdopodobnie stolicy Peru, Limy. Narrator nie podaje nazwy miasta, padają za to często nazwy ulic, placów, knajp. Wszystko się kręci wokół Kutasika Cuellara, syna zamożnych rodziców. Zjednuje sobie kolegów dość wariackimi wyczynami i tak rozwija się fabuła wokół Kutasika, który swoje przezwisko zawdzięczał ugryzieniu przez psa w wiadome miejsce, w okresie kiedy on i koledzy szkolni byli jeszcze dziećmi. Akcja posuwa się aż do lat młodzieńczych. Kumple poznają swoje pierwsze dziewczyny, jedynie Kutasik wciąż sam chodzi po knajpach. Kumple zaczynają coś podejrzewać, choć nie mówią tego wprost, porozumiewają się między sobą aluzjami, zaś Kutasika nawet nie próbują o te sprawy zagadywać. Czyli, że są w porządku, jak by to można powiedzieć żargonowo. Akcja rozwija się szybko do przodu, lata lecą, a Kutasik wciąż sam. Teraz już wszyscy wiedzą, jeździ po mieście dużym samochodem z młodymi chłopcami. Na tym można by zakończyć streszczanie fabuły. Urzekło mnie w tej literaturze piękno języka, bohaterowie są wobec siebie więcej niż porządni, oni się bardzo lubią, jedynie Kutasik w miarę upływu lat zaczyna mieć pewne kłopoty, staje się nerwowy i kłótliwy.  Nie odtrącają go, ale mu współczują, nawet nie chcą żadnych wyjaśnień od niego. Narrator jest bardzo dyskretny. Raz tylko pada słowo "pedał", kiedy już wszyscy w mieście mogą zobaczyć go w samochodzie pełnym młodszych chłpaców. Mój opis "Szczeniaków" być może przypomina trochę wypracowanie szkolne na temat lektury, bo rzeczywiście to pozycja, która mogłaby się stać lekturą szkolną w homofobicznej Polsce. 

      I powyższe uwagi powinien pisać również uczeń podstawówki, gimnazjum czy liceum.


                        Warto też zauważyć, że język narracji jest bardzo nowoczesny.  Jeśli dla kogoś język "Wojny polsko-ruskiej" Doroty Masłowskiej był odkrywczy, to znaczy, że miał na bakier z literaturą światową. Llosa w ogóle nie używa mylśników, nie wydziela z tekstu dialogów, ani nie wprowadza słów zapowiadających czyjeś słowa, typu: powiedział, wykrzyknał, itp. Zdania opisujące sytuację zawierają również dialogi. Narrator pisze na przykład, że piątka przyjaciół spotkała się w knajpie: usiedli przy wolnym stoliku, zawołali kelnera, coś taki smutny Kutasiku, daj mi spokój Lolo, wypili z dwadzieścia butelek piwa. Słowa bohaterów wplatane są w opis sytuacji, opis zdarzenia jakiegoś konkretnego czy opis wartkiej akcji. Data wydania "Szczeniaków" to rok 67, zaś "Wojny polsko-ruskiej" to rok 2002. O tyle czasu byliśmy zacofani. Ale nie chciałem tego od razu przyjąć do wiadomości.

      Chciałem się czegoś chwycić, żeby ratować próżną polską dumę. Zajrzałem do "Pamiętnika z powstania warszawskiego" Mirona Białoszewskiego, pomny że poeta napisał tę relację z powstania językiem potocznym. Jakieeeeeż było moje zdziwienie, kiedy zobaczyłem tradycyjny zapis dialogów i w ogóle tradycyjny, właściwie dzisiaj już staroświecki, zapis narracji. Tak sobie pomyślałem, ile to do dzisiaj produkuje się książek nie tylko z tradycyjnym zapisem narracji, ale również ze staroświeckim, tzw. literackim słownictwem. To tak, jakbyśmy dalej produkowali polonezy i stare modele fiatów i Daewoo, trzymając się zasady, że co dobre i sprawdzone, jest najlepsze.  A przecież tak nie jest...



      Bohaterowie:  Kutasik Cuellar, Lolo, Choto, Manuco, Chingolo, Chabuca, China, Fina, Terasita, Cachito.


      "Szczeniaki" Mario V. Llosa

      Znak, 2011, Kraków.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Obowiązkowa lektura szkolna - "Szczeniaki" Mario Vargasa Llosy”
      Tagi:
      Autor(ka):
      maksiczek
      Czas publikacji:
      czwartek, 26 maja 2011 14:32
  • sobota, 07 maja 2011
    • Analogie

      Czy nie zastanawiało was nigdy ilu w Polsce mieszka Sienkiewiczów, a ilu Gombrowiczów?
      Dzięki portalowi moikrewni.pl/mapa sprawdziłem szereg nazwisk literackich. Od razu zauważyłem, że nazwiska obecnie bardzo popularne należą do popularnych pisarzy: 11 tysięcy Sienkiewiczów, 3 tysiące Mickiewiczów, zaś tylko 31 Słowackich i ani jednego Gombrowicza. Miłoszów 2700 i 1200 Witkiewiczów, zaś ani jednego Tyrmanda i 72 Herbertów. Można sobie zażartować, że to liczne rodziny, bliskie, dalekie i te najdalsze pisarzy zrobiły im bardzo dobry pijar. Czego nie mogli zrobić nieliczni Gombrowicze czy Słowaccy. Ale to raczej jest tylko żart analogia, niż poważne wnioski. Warto jednak moim zdaniem przyjrzeć się pozostałym analogiom, jakie nazwisko i jak to jest z popularnością? Takim jakby wyjątkiem analogicznym :) jest Lem, którego książki są nadal popularne, zaś samych Lemów jest ledwie 35.

      klejnocki – 20

      klimko-dobrzaniecki -0 czy to aby nie pseudonim? tak jak shuty

      Illg – 19

      lem – 35

      Krasnowolski – 13

      bratny – 4

      rywin – 2
      stuhr – 7

      fredro – 9

      prus – 6800

      konwicki – 114

      hłasko – 94

      konopnicka – 252

      reymont – 48

      słonimski – 22

      tuwim – 1

      lechoń – 1

      tetmajer – 10

      kasprowicz – 4000

      przybyszewski – 2400
      norwid – 1

      makuszyński – 12

      nałkowska – 3

      białoszewski – 155

      Huelle – 10

      rodziewiczówna – 0

      kaden-bandrowski – 0

      orzeszkowa – 0

      stokfiszewski – 8
      grydzewski – 1

      putrament – 4

      gałczyński – 1000

      bałucki – 107

      miciński – 162

      rittner – 27

      dygasiński – 16

      dygat – 3

      irzykowski – 213

      jastrun – 4

      peiper – 0

      ważyk – 1

      wat – 0

      asnyk – 0

      herling-grudziński – 0

      huberath – 0 pseudonim

      newerly – 0

      rodan – 1

      tkaczyszyn-dycki – 1

      varga – 31

      woroszylski – 2

      gombrowicz – 0!

      tyrmand – 0

      witkiewicz – 1200

      miłosz – 2700

      herbert – 72

      dehnel – 43, niemcy -103, berlin – 13

      orbitowski – 3 osoby! 2 w krakowie

      kofta, warszawa – 8

      lipszyc – 38

      dukaj – 10

      stasiuk – 1887

      malzahn – 20

      jaruzelski – 10 osób

      andrzejewski – 11 tyś

      Czyżby młodzież nie czytała już Hłasko? Mówiąc żartobliwie.
      Konopnickiej nazwisko bardziej popularne od Tuwima czy Norwida. Czyż nie jest również tak w praktyce czytania? „Popiół i diament” ponoć czytali wszyscy, pomijając roczniki 90te i być może 80te – dzieci kapitalizmu. Andrzejewskich w bród. Popularny Gałczyński do dziś, zarówno jako poeta jak i nazwisko jego, jest na pewno chętniej czytany, niż Orzeszkowa, której już nazwiska w Polsce nie ma. Znikła gdzieś popularna Rodziewiczówna, nie ma w ogóle Mniszkówny, której „Trędowatą” czytała jeszcze lekarka w „Zmiennikach”:) Co się popłakała nad powieścią:)  No i kto nie czytał „Lalki”?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Analogie”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maksiczek
      Czas publikacji:
      sobota, 07 maja 2011 11:43
  • czwartek, 28 kwietnia 2011
    • Wpis bez tytułu



      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maksiczek
      Czas publikacji:
      czwartek, 28 kwietnia 2011 03:00
  • sobota, 23 kwietnia 2011
  • środa, 20 kwietnia 2011
    • Masakra profana - już teraz!


                
             
                                      To bardzo zabawna książka. Coś jak przygody dorosłego Adriana Mola, ale po polsku. Stawirej w rozmowie z Jasiem Kapelą mówił o konotacjach do Dyla Sowizdrzała. Jasiowi z kolei książka skojarzyła się z "Kandydem" Woltera. Bohaterowi ukazuje się Matka Boska i wybiera go do świadczenia boskości jej syna Jezusa. Obdarowuje go niezwykłymi przymiotami, takimi jak lewitacja czy moc uzdrawiania. Kiedy na zebraniu kadry menadżerskiej w biurowcu korporacji pojawiają się na jego dłoniach stygmaty, uświadamia sobie, że jego życie nie będzie już takie jak dawniej. Ucieka przed swym powołaniem i robi to niezwykle zabawnie. Ale o tym nie będę pisał, żeby nie zepsuć dobrej zabawy. Powiem może tylko tyle, że wiele radości w lekturze dostarczają surrealistyczne zdarzenia z udziałem bohatera. Kiedy w młodości podczas kazania w kościele bohater robił jaskółkę, ksiądz posłał ku niemu kościelnego, którego wygląd bohater określa mianem trolla i ogra. 


      Ciekawie mówi do bohatera  pewien przypadkowo spotkany satanista, który na problem, bo uważa, że szatana już na ziemi nie ma:
      "Badania nad historią przemocy pokazują coś zupełnie przeciwnego. Odsetek szkieletów z czasów prehistorycznych, które noszą ślady uderzenia toporem, ugodzenia strzałą lub inne znamiona przedwczesnej śmierci z rąk bliźniego, jest dwudziestokrotnie większy niż procent ludzi ginących podczas współczesnych wojen. Innymi słowami, gdyby proporcjonalnie tyle samo ludzi zginęło podczas konfliktów zbrojnych w XX wieku co w trakcie prehistorycznych walk plemiennych, liczba ta nie wynosiłaby sto milionów, a dwa miliardy! Rozumiesz?"
      Stawirej podaje, że podobną informację wyczytał na portalu racjonalista.pl w artykule "Nie takie dobre, dawne czasy" Dana Gardnera.


      Kiedy nawiedza go Jezus, oznajmia mu, że jest typowym przedstawicielem współczesnych czasów, kimś kto zastąpił dawnych pastuszków. To humor tej książki, a przykładów takiego humoru jest wiele. Humor nie opuszcza Stawireja, kiedy opisuje życie rodziny wiejskiej pośród lasu. Zwyczajny sadyzm gospodarza psychopaty opisuje w taki spsób bohater/narrator, kiedy trafia do tej chaty i mieszka tam przez jakiś czas:


      "Jeśli więc Krystyna za bardzo guzdrała się podczas porannego ubierania do kościoła, potrafił  jej znienacka wypalić z piąchy w nos. Bardzo denerwowało go też, kiedy córka, kuśtykając niezgrabnie do wychodka, potrąciła coś po drodze albo nie daj boże stłukła jakiś słoik. Sięgał wtedy do swojego arsenału prętów oraz nahajów i trzepał jej skórę równo, aż skwierczała. Ale najbardziej irytowało go, gdy  w trakcie manta dziewczę traciło przytomność i nie słuchało, co się do niej mówi. Wpadał wtedy w taką furię, że to, co się działo potem, wprawiłoby w zakłopotanie niejednego afrykańskiego prezydenta". (...)


      "Mimo że ciężkie warunki bytowania zrównywały go w sensie społecznym z leśną fauną, ojciec Krystyny, wbrew pozorom, nie zamienił się w bestię. Tym, co odróżniało go od dzikich zwierząt, była odziedziczona po przodkach głęboka wiara oraz umiłowanie tradycji". (...)


      "A zgodnie z tą odwieczną mądrością, dzieci należało wychowywać twardą ręką, szczególnie dziewczęta, które, jak wiadomo, puszczone samopas prawie na pewno wyrosłyby na jakieś szansonistki albo programistki , a takie sobie ani w lesie nie poradzą, ani porządnego chłopa nie znajdą. Dlatego gospodarz od wczesnego dzieciństwa Krystyny starał się na bieżąco korygować wszelkie przejawy jej potencjalnego wykolejenia, jak liczenie bez palców, drapanie się lewą ręką czy nagłe, niczym nieuzasadnione, zamyślanie się. Do tego celu używał wypróbowanych narzędzi, takich jak batog, knut, imadło, odziedziczonych jeszcze po swoim dziadku. Stosował je codziennie, z podziwu godną konsekwencją, bo, jak wiadomo, tylko konsekwencja daje gwarancję sukcesu wychowawczego. I na efekty nie trzeba było długo czekać. Dziecko rozwijało się poprawnie: nie hałasowało, nie pałętało się pod nogami, nie pluło. Gdyby nie to, że ciało Krystyny zaczęła pokrywać coraz większa opuchlizna, pojawiały się kolejne sińce i krwiaki, aż wreszcie wystąpiły rany i wybroczyny świadczące o poważnej chorobie... Mam nadzieję, że ten pogłębiony rys psychologiczny ułatwi wam zrozumienie całej złożoności charakteru mojego gospodarza i pozwoli dostrzec w nim wielowymiarową i targaną licznymi sprzecznościami postać, anie po prostu niebezpiecznego psychopatę".


      Niestety ta powieść przygodowa nie kończy się dobrze dla bohatera. Jak bardzo chciałby on wieść normalne życie, pozbawione sensu życie, a nie jakiegoś cudotwórcy wybranego przez Matkę Boską, czy lokalną wiejską gminę,  ale zwykłego człowieka. Oto jego ostatnie słowa:

      "Bez sensu pracować, bez sensu wydawać pieniądze, bez sensu pić piwo z klegami, bez sensu świntuszyć z koleżankami, bez sensu leczyć kaca po całonocnej imprezie, bez sensu spożywać lunch w knajpce na rogu, bez sensu do późna w nocy oglądać jakiś bezsensowny film, bez sensu śnić absurdalne sny o misiu, bez sensu tłuc się samolotem na egzotyczne wakacje, bez sensu znosić upał na jakiejś tropikalnej plaży, bez sensu gapić się na zachodzące nad morzem słońce, bez sensu ciurlać miętowego tic-taca... Bez sensu żyć".


      A ja dodam od siebie: bez sensu pisać recenzje.


      Masakra profana
      Jarosław Stawirej, KP 2011.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maksiczek
      Czas publikacji:
      środa, 20 kwietnia 2011 22:51
  • piątek, 11 lutego 2011
  • niedziela, 06 lutego 2011
    • Nowy nr 33 Ha!artu


      Nowy Ha!art już w empikach albo bardzo niedługo!

      A nim wywiad ze mną i esej Marty Syrwid o moich powieściach.

      Spis treści:

      Piotr Marecki – Wstęp
      Piotr Macierzyński – VI Mistrzostwa Polski w Poezji
      Grzegorz Giedrys – Nieudana walka o nieśmiertelność / Rozmowa redakcyjna – Grafomania
      Nie jestem polskim wydaniem Paris Hilton – z Adamem Bolewskim rozmawia Marcelina Piołun
      Marta Syrwid – Tak bardzo chciałbym zostać kumplem twym
      Grzegorz Giedrys – Ten podstępny Rafał Czoch. Próba eksperymentu
      Inicjatywa Książkowa Pod Dwoma Kotami – z Rafałem Czochem rozmawia Tomasz Pułka
      Rafał Czoch – Depresja gospodarcza [fragment]
      Leszek Onak – Grafomania jako wsobny akt erotycznej kreacji
      Przemek Łośko – Wytyczne do utylizacji literatury
        


      Ze wstępu Piotra Mareckiego:

      Przyczyna zajęcia się tematem grafomanii i uczynienia go motywem przewodnim tego numeru „Ha!artu” jest dość prozaiczna. Od kilku lat z zadziwiającą regularnością – mniej więcej raz na rok – na biurkach redaktorów (także i moim) pism literackich lądowały tak samo wyglądające przesyłki z książkami (...)

      (w środku plik kartek ksero z białą okładką, na której widniał wyboldowany tytuł). Powieści wydawane były przez Wydawnictwo Autorskie Grafomania, autorem zaś nieodmiennie był Rafał Czoch (jak się okazało, właściciel wydawnictwa). Powieści miały po dwieście, trzysta, do czterystu stronic. Co roku ten sam rytuał, co roku tak samo wyglądająca książka. Podczytywałem i kolekcjonowałem je na półce, łącznie uzbierało się osiem tytułów, skany ich „okładek” można znaleźć w niniejszym numerze. O tajemniczej postaci nikt nic nie wiedział, nikt nic nie słyszał – zaskakujące, tym bardziej, że jako miejsce wydania widniało miasto Kraków. Wraz z zespołem redakcyjnym postanowiliśmy „wszcząć literackie śledztwo” i odkryć intrygującą zagadkę rodzimego miasta, a przy okazji znaleźć i innych pisarzy, programowo przyznających się do grafomanii, jak również zbadać zjawisko, posługując się narzędziami z zakresu literaturoznawstwa i psychologii. Jednocześnie staraliśmy się pamiętać o dość powszechnej opinii, że w książkach grafomańskich może kryć się porządny kawał prawdy o współczesności…

      Piotr Marecki, Wstęp


      Numer ukazał się dzięki dotacji Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maksiczek
      Czas publikacji:
      niedziela, 06 lutego 2011 21:30
    • Kulturalne Suwałki

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maksiczek
      Czas publikacji:
      niedziela, 06 lutego 2011 21:17
  • sobota, 22 stycznia 2011
  • piątek, 24 grudnia 2010
  • sobota, 18 grudnia 2010
    • Mieszkanie Instytut - bójcie się!



                    "Instytut" to całe zło tego świata. Choć ta powieść zaczyna się młodzieżowo, tzn. skłania do takiego odbioru, to jednak powoli przestaje taką być, kiedy lepiej poznajemy bohaterów i zło, które ich więzi.


           Nie wiem ile słów trzeba napisać w recenzji, żeby oddać klimat i atmosferę tej książki. Klimat, czyli horror i atmosferę, czyli przygody ludzi w średnio młodszym wieku, uwięzionych w dużym mieszkaniu w zabytkowej krakowskiej kamienicy przy ruchliwej alei. Jak zwyklę oprę się na sugestywnych fragmentach, ale inaczej niż zwykle, nie będę streszczał książki, skoro już na samym początku wszystkiego się dowiadujemy. Nowym moim czytelnikom wyjaśnię, że dzieło sztuki nie opiera się na zagadkowym zakończeniu, tak więc nie ono jest ważne. W dziele sztuki zakończenie stanowi taką część, jak wszystkie inne części i czytelnik recenzji, szkicu literackiego, powinien je znać, by nabrać rozeznania, czy rzeczywiście ma do czynienia z utworem artystycznym.  Powiem tylko, że główną postacią, która opowiada histroię, jest Agnieszka koło czterdziestki, która dziedziczy po babci mieszkanie w Krakowie. Z powodów różnych, ale istotnych, nie może sprowadzić z Warszawy swojej córki i można powiedzieć, że jest w kropce.

      To jest punkt wyjścia dla tej historii, ale to tylko niewinny punkt. Żulczyk to bardzo dobry warsztatowiec.


           Jeden z tych ludzi uwięzionych w mieszkaniu Agnieszki, były chłopak Agnieszki, Rumun:

      "Przecież komuna wcale się w Polsce nie skończyła, mówi Rumun. Kapitał pozostał w tych samych rękach. To zawsze były ręce prywatne. Kiedyś te pieniądze leżały na szwajcarskich kontach. Potem kupiono za nie fabryki kabli, założono firmy importujące sprzęt komputerowy, banki. Ale to ci sami ludzie, mówi Rumun. To Oni. Mówi o tym bez żadnego niezdrowego podniecenia, które zwykle towarzyszy wygłaszaniu tego typu teorii. Mówi o tym cicho, lekko tylko rozchylając usta, powoli zaciągając się papierosem, wzruszając ramionami".


      Egzaltowane opisy wywołujące uśmiech na twarzy u czytelnika:

      "Gówno prawda, mogłam sobie mówić, że przeżyła godne i długie życie, odeszła otoczona miłością, wsparciem i tak dalej, ale tak naprawdę rosła we mnie rozpacz, zatykała mi klatkę piersiową tak, jak kłaki zatykają filtr od odkurzacza, rozpychała mi przełyk, właziła do ust. Babcia Wera nie powinna nigdy umrzeć".


      Agnieszka nie lubi barda z Brackiej i piosenki o deszczu na Brackiej, co może dziwić zwykłego czytelnika, zwykle zachwycającego się bardem z Krakowa, który nie chce u siebie stolicy. Bo kto proszę państwa lubi w tym kraju Warszawę? Oto jest pytanie. Również do was, czytelnicy mojej recenzji. (uśmiech). Przypuszczam, że może to być opinia samego autora - Jakuba Żulczyka. Proszę go o to zapytać na spotkaniu autorski w moim imieniu, proszę bardzo.


      Dowiadujemy się w trakcie lektury, że Agnieszka wymieniła  gniazdki elektryczne. Jaki jest mój komentarz? Ja wiem, że zwykle dobra literatura nie operuje schematem zarówno co do linii fabularnej przyczynowo-skutkowej, jak i budowy postaci. Schematy odrzuca się precz. Ale szkoda, że autor nie wziął sobie tego do serca, bo taka trzeciorzędna sprawa dla fabuły, jak to, że Agnieszka będąc kobietą artystką, sama wymienia elektrykę, jest nawet i trochę śmieszna, tak mało wiarygodna. Na pewno nie jest to schemat, ale co z tego, kiedy nie przekonuje... Właśnie. Zastanówmy się teraz jaki to gatunek "Instytut"? To gatunkowy horror. A każdy gatunek, czy to powieść kryminalna, czy horror, czy powieść fantastyczna operuje jakimś schematem, tak samo jak kino gatunkowe. Żulczyk albo zakpił ze schematyczności obdarowując Agnieszkę taką męską umiejętnością, albo może z dobrą wiąrą postarał się dodać czegoś niezwykłego Agnieszce. W obu tych przypadkach, u mnie i  jak myślę, że i u innego czytelnika, może to wywołać uśmiech, a nie aplauz. Kolejna rzecz, która jest niezwykła u Agnieszki, to jej słowa o swoim życiu erotycznym w Krakowie. Ma lat dość sporo, a zwierza się czytelnikowi w jaki sposób poznawała facetów: "To był naturalny element tej całej maskarady, seks z młodymi, ładnymi i obcymi chłopakami(...)". Spotkałem się we współczesnej literaturze amerykańskiej z takim podejściem do seksu u dojrzałej kobiety, w "Złych małpach" Matta Ruffa, ale biorąc pod uwagę polskie realia obyczajowe wydaje się to mało wiarygodne, a tym samym nie budzi w czytelniku, przynajmniej u mnie, żadnego większego wrażenia. Mówiąc inaczej, ten epizod z życia Agnieszki nie jest użyty artystycznie, jak to się mówi: nie gra artystycznie. 


         Agnieszka opowiada z egzaltacją o swoim zakochaniu się w Jacku, którego poznaje w knajpie Kot. Pracuje w niej razem z Igą, są barmankami, Iga mieszka u Agnieszki. Knajpa Kot nazywa się tak samo w powieściach kryminalnych Marcina Świetlickiego z detektywem nieprzysiadawalnym i biorącym zaliczki plus koszty własne. Ale pierwszą kolację jedzą z Jackiem w Wierzynku. Co wydaje się już mocno schematyczne, bo kto w liceum nie uczył się o knajpie Wierzynek, w której jedli razem w średniowieczu polski i niemiecki król? Aż czytelnik wraca wspomnieniami do innej knajpy, o której też uczył się w liceum, w której grał kabaret Zielony Balonik ze Stanisławem Przybyszewskim, ale akurat Zielonego Balonika nie ma w "Instytucie". 

      Są za to inne "żelazne" punkty turystyczne: " Potem piliśmy w każdej knajpie na Kazimierzu. Potem, o świcie, pijani jak torpedy pieprzyliśmy się pod Wawelem, a obok nas przejeżdżały pierwsze taksówki".


      Tak, ale to są tylko szczególiki, które nie wszystkie grają artystycznie, bo gra artystycznie zupełnie co innego: atmosfera horroru, zwroty akcji, sztuczki rodem z powieści kryminalnej, powolna narracja budująca cały ten wciągający świat przedstawiony Krakowa, mieszkania z nazwą na domofonie: Instytut i w oddali tło Warszawy. Choć może dla kogoś, przyzwyczajonego do pop kultury, każdy taki szczególik gra?



      Ocenicie sami całość, kiedy przeczytacie "Instytut". Kto już z Was czytał, ten myślę, zgodzi się ze mną, że to najlepsza książka Żulczyka. Ocena ogólna: Super. Czy też ekstra, jak się mówi w stolicy.




      Jakub Żulczyk

      Instytut

      Kraków, Znak, 2010

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      maksiczek
      Czas publikacji:
      sobota, 18 grudnia 2010 22:01
  • wtorek, 19 października 2010
    • Sobolewski o nr 32 Ha!artu !

      Restart polskiego kina

      Tadeusz Sobolewski
      2010-10-16, ostatnia aktualizacja 2010-10-15 17:24

      Młodzi krytycy, pisarze, reżyserzy próbują wrócić do dawnej idei zespołów filmowych jako formuły na odnowę kina polskiego. Temu służył pierwszy okrągły stół filmowców i pisarzy.


      W specjalnym wydaniu "Ha!artu" przygotowanym z okazji okrągłego stołu pisarzy i filmowców czytam, że właśnie powstała adaptacja gejowskiego "Lubiewa", podobnie jak ekranizacja obrazoburczego poematu "O matce i ojczyźnie" Bożeny Keff. Nazwiska reżyserów nic nie mówią. Ale oto kolejna rewelacja: nakręcono "Polski kwiecień" inspirowany powieścią "Ojciec odchodzi" Piotra Czerskiego, zestawiającą dwie żałoby Polaków - po Janie Pawle II i po katastrofie smoleńskiej. "Film ten - czytam w entuzjastycznej recenzji - wstrzykuje kolorową groteskę w histeryczny czarny patos". Zdążył otrzymać Grand Prix na festiwalu Realismo w Lanciano z rąk samego Cesarego Zavattiniego, ojca włoskiego neorealizmu. Oczywiście to fikcja, nie ma tych filmów. Ale mogłyby być. 

      Polska kinematografia mimo oparcia w PISF i funduszach publicznych jest skrępowana bardziej niż w złotych czasach kina polskiego. Zależy dziś od tych producentów, którzy dbają przede wszystkim o szybki zysk. TVP przestała być partnerem filmowców. Kinu brakuje takich wydawców, jakich ma literatura, i takich kierowników literackich oraz dyrektorów, jakich mają teatry. Niewielu jest producentów kreatywnych, jak Jerzy Kapuściński z Kadru, gdzie powstał "Rewers", gdzie Jan Komasa kręci "Salę samobójców", Marek Koterski "Baby są jakieś inne", Leszek Dawid "Paktofonikę" według książki Macieja Pisuka. 


      Dawne kino polskie tworzyło symboliczne obrazy przekraczające obiegowe wyobrażenia. Narzucające się przykłady: słynna scena z "Popiołu i diamentu" - zastrzelony komunista pada w ramiona zamachowca-patrioty; obaj są ofiarami. Przenikliwa synteza PRL w "Dreszczach" Marczewskiego - wąską ulicą idą naprzeciw siebie: pochód z czerwonymi sztandarami i procesja kościelna, która okazuje się silniejsza. W "Zezowatym szczęścia" Munka i "Przypadku" Kieślowskiego na różne sposoby, raz komiczno-ironicznie, raz tragicznie, powraca myśl, że człowiek nie mieści się w historii, w ideologii, w narzuconych rolach społecznych i podziałach światopoglądowych. Dziś także szukamy formuły na Polskę - innej niż obiegowa, obecna w języku partii, Kościoła. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maksiczek
      Czas publikacji:
      wtorek, 19 października 2010 12:43
    • Sobolewski o nr 32 Ha!artu cz.2

      Mądrzejsze od polityki 


      Może temu służyć kontakt z młodą literaturą i młodą krytyką - powrót do zespołowości. Podczas "Okrągłego stołu filmowców i literatów" zorganizowanego na początku października przez PISF rozdawano specjalny numer "Ha!artu" z ankietą krytyków o polskich książkach wartych ekranizacji. Najwięcej głosów dostało "Lubiewo" Witkowskiego i "Piaskowa góra" Joanny Bator, oprócz nich "Prowadź swój pług przez kości umarłych" Olgi Tokarczuk, "Lód" Jacka Dukaja, powieści Hanny Samson, biografia Henryki Krzywonos, autobiografia Jacka Kuronia, "Proszę bardzo" Andy Rottenberg. 

      Czy chodzi o kino polityczne? To określenie w Polsce kojarzy się z partyjnością, z ideologią. Wiadomo - o wartości sztuki nie decyduje temat, a "głębia wyrazu nie polega na słuszności przesłania". Ale kiedy ogląda się dziś niektóre filmy latynoamerykańskie, hiszpańskie, skandynawskie, izraelskie, widać, że są one efektem ostrego zderzenia z rzeczywistością i z rodzimą widownią. Są nie tyle "polityczne", ile mądrzejsze od polityki.

      W dyskusjach o kinie polskim, jak w angielskim klubie, nie mówi się o poglądach, nie sądzi idei. A była to kiedyś praktyka naszej krytyki. Reżyserzy - od Wajdy i Munka po Zanussiego, Holland, Kieślowskiego, Marczewskiego - nie żyli w izolacji. Mieli za sobą doświadczenie pokoleniowe. Pracowali dla przyszłości. Wchodzili do zawodu, wierząc, że ich obrazy mają zdolność oddziaływania na rzeczywistość. I oddziaływały: młode kino lat 70. - nie tylko "Człowiek z marmuru" - naprawdę zapowiadało przyszły ruch "Solidarności", uprzedzało przyszłe konflikty. Filmy robione tuż przed stanem wojennym, takie jak "Kobieta samotna" Holland czy "Wojna światów" Szulkina, nie szły z nurtem, wyprzedzały potoczną świadomość. Wyprzedzali obiegowe myślenie Amerykanie, robiąc kiedyś filmy o wojnie w Wietnamie, dziś o Iraku; Izraelczycy wywlekający w kinie swoje traumy i dylematy; Mike Leigh i bracia Dardenne pytający o ludzi wykluczonych (często z własnej winy). Kiedy przeczytałem "Naszą klasę" Tadeusza Słobodzianka, zobaczyłem za tymi obrazami polski odpowiednik "Białej wstążki" Hanekego. 

      Nieformalne zespoły

      Najciekawsze polskie filmy ostatnich lat nie są adaptacjami, ale mają cechy dobrej literatury: oryginalność, pogłębione rozpoznanie rzeczywistości, świadomość punktu widzenia. Jak odrobić fatalny błąd, jakim była po roku 1989 praktyczna likwidacja systemu zespołów, naiwne zawierzenie "niewidzialnej ręce rynku" - o czym mówił podczas okrągłego stołu Piotr Szulkin. Lekkomyślnie zniszczono to, na czym wzorowały się inne kinematografie, co przyczyniło się w latach 90. do odrodzenia kina duńskiego - zespołowość. 

      Dążenie do tego, żeby w systemie kapitalistycznym i producenckim zachować dawny mariaż kina i literatury, zaczyna przybierać konkretny kształt. Na razie to jeszcze nie rewolucja, tylko działanie pozasystemowe. Piotr Marecki - szef korporacji Ha!art, jeden z pomysłodawców okrągłego stołu - współtworzy Restart. Nazwa nawiązuje do przedwojennego Stowarzyszenia Miłośników Filmu Artystycznego "Start". To właśnie od dawnych startowców w połowie lat 50., w czasach odwilży, wyszła inicjatywa stworzenia zespołów. 

      - Jest nas około 30 osób niezwiązanych z żadną instytucją - mówi Marecki. - Tworzymy parainstytucję, think tank pracujący na rzecz zmiany polskiego kina, odnowy myślenia zespołowego. Wśród nas są filmoznawcy, filozofowie, historycy, pisarze, dramaturdzy, laureaci ostatnich konkursów krytyki filmowej im. Krzysztofa Mętraka. Na nowo czytamy kino polskie. Tworzymy krytykę towarzyszącą, która nie wydaje werdyktów "zły - dobry", ale rozwija idee zawarte w filmie, wchodzi z nim w dialog. 

      Wydali książkę o polskiej Nowej Fali, tom "Kino polskie 1989-2010. Historia krytyczna", "Dzieje grzechu. Surrealizm w kinie polskim". Przypominają nieoczywistych reżyserów, tak różnych jak Barański, Żuławski, Skolimowski, Królikiewicz. Restart współdziała z alternatywnym Stowarzyszeniem Młodych Filmowców 1-2. Przygotowują zmiany, które z czasem nastąpią w Stowarzyszeniu Filmowców Polskich i w PISF. 

      Chcą, żeby kierownik literacki mógł uczestniczyć w konkretnych projektach filmowych, jak w teatrze. Działają nieformalnie, bez pieniędzy. Po spotkaniu w warszawskiej kawiarni Tarabuk usłyszeli od Borysa Lankosza i Pawła Borowskiego ("Zero"), że od dawna na takie forum czekano. W szkołach artystycznych jest niewiele miejsca na literaturę rozumianą szeroko, jako domena sensu. Trzeba było lat, żeby doprowadzić do spotkania rozproszonych środowisk, które w czasach świetności polskiego kina spotykały się przy kawiarnianym stoliku: młody Kawalerowicz i Konwicki, Munk i Stawiński, Wajda i Andrzejewski, Has i Dygat. 

      Źródło: Gazeta Wyborcza


      Więcej... http://wyborcza.pl/1,75475,8518956,Restart_polskiego_kina.html#ixzz12nclkGai

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maksiczek
      Czas publikacji:
      wtorek, 19 października 2010 12:41
  • poniedziałek, 11 października 2010
  • wtorek, 21 września 2010
    • Kim był Rysio Apte?



                                   Kim był Rysio Apte, że napisano o nim książkę? Rysio był uzdolnionym gimnazjalistą z elitarnej, krakowskiej przedwojennej szkoły, której matura pozwala na studiowanie bez egzaminów wstępnych, w każdej wyższej polskiej uczelni. Przed wojną rysował obrazki do czasopisma "Okienko dzieci", świetnie grał na fortepianie. Już później narysował szereg przejmujących szkicy, inspirowanych tzw. szkołą brutalistów, przez które przewija się twarz bardzo wychudzonego, chorego czy może umierającego człowieka w salonie u fryzjera, w celi, na ulicy w mieście, we śnie, przed  komisją wojskową. Do tego seria szkiców ze świętym Sebastianem ukrzyżowanym przez Niemców, witającym się z dziećmi na ulicy, w kontakcie z krwawiącym człowiekiem podczas ostatecznej rozprawy sądowej. Dziennikarze Wyborczej, którzy zrekonstruowali losy Rysia Apte, od czasów dzieciństwa w Krakowie po wywóz do obozu koncentracyjnego z Wieliczki, piszą, że święty Sebastian był od zawsze ulubionym motywem homoseksualnych malarzy. Dodają, że zaczytywał się w Prouście. Przyjaciel Rysia, Henryk Vogler, asystent u jego ocjca, miał później po wojnie napisać, że zaskoczył go "temat Charlusa" pojawiający się w stosunkach między męskimi bohaterami powieści Rysia, którą będzie pisał w czasie wojny. Nie miał żadnej sympatii w gimnazjum, za to wiele wielbicielek jego wierszy i grania. Fascynował go profesor Feldhorn od polskiego i historii. Wiele wskazuje na to, że był homoseksualny. Piotr Głuchowski i Marcin Kowalski zrekonstruowali życie chłopaka, jego rodziny i przyjaciół z gimnazjum. Przetrwały tylko obrazki Rysia, które są już dojrzałą opowieścią o czasach zagłady i pogromu. Przetrwały u rodziny Piaseckich z Wieliczki, ostatniego miejsca ukrywania się rodziny Aptego. Rysował i pisał, by nie poddać się wojennej machinie i po to chyba, by nie dać się zawładnąć strachowi. 


                              Tytuł książeczki sugeruje, że mamy do czynienia z niedokończoną powieścią Rysia Aptego, tymczasem jak już wspominałem jest to rekonstrukcja tamtych wydarzeń.

      Ojciec Rysia był zamożnym prawnikiem i członkiem żydowskiej loży masońskiej. Matka prowadziła salon literacko-towarzyski. w którym "młode przyjaciółki literatów i dziennikarzy kołysały się na kolanach mężczyzn". To zdanie wzbudziło we mnie pewien znak zapytania, ale być może jest to pewna fantazja autorów. Wiele w książce się mówi o starym, dobrym Krakowie, jego ludziach, architekturze i życiu w mieście. Rodzina Apte po wybuchu wojny ucieka do Lwowa, w którym jest tylko trochę bezpieczniej, ponieważ Lwów był już opanowany przez wojsko radzieckie, NKWD i trzeba było uważać na to, co się mówi głośno. Trudno było o żywność, wszędzie stały kolejki w sklepach. Ojciec Apte miał mówić do syna: "Socjalizm cechuje się tym, że każdy może w nim zostać strącony z piedestału albo zniszczony za nic. Tu nie ma świętych, synku, tu donos kołchoźnika wystarczy, by zamknąć w obozie członak komitetu Centralnego patrii". Słowa trochę dziwne, jak na masona, ale widocznie można tam było zobaczyć ów radziecki "socjalizm" i właściwie go ocenić. 


                              Kiedy Niemcy bombardują Lwów rodzina Apte ucieka do Wieliczki. Jednak po jakimś czasie Niemcy w Wieliczce tworzą żydowskie getto, a potem organizują wywózkę do pobliskiego lasu lub do obozu koncentracyjnego. W opisie życia Rysia Apte wiele miejsca poświęca się na relację jego z bliskimi mu osobami. Na to, o czym się rozmawiało przed wojną i w czasie wojny. Rysio mimo wojny nadal interesował się literaturą i rysunkiem. Zapiski przyjaciela Rysia, Henryka Voglera o ich wspólnych rozmowachj, pokazują, że ich wpólne tematy były dalekie od tego co się wówczas działo w getcie żydowskim. Niemcy ściągali z Żydów haracz, wzamian za spokój. Po wielu zbiórkach pieniędzy, kosztowności Niemcy jednak rozpoczęli masowy pogrom getta.


                            Rekonstrukcja lat wojny robi bardzo duże wrażenie. Czytelnik jest postawiony w roli ofiary, którą ktoś bez realnego powodu chce zabić. Wprawdzie padają gdzieś pod koniec książeczki słowa Niemca do Polaków, że od tej chwili są już wolni od Żydowskich wyzyskiwaczy i ciemiężycieli. Ale są to jednak słowa nieprawdziwe i niesprawiedliwe. Polacy nie chcieli zabijać Żydów, nawet jeśli jakoś forma antysemityzmu się szerzyła w ówczesnej Polsce. Czytelnik po lekturze tej książki może poczuć, że teraz lepiej rozumie polskich Żydów i że bardzo im współczuje, tego co się stało w czasie wojny. Zwłaszcza mając lekturowy kontakt z sympatycznym Rysiem. To dobra książka, bo pokazując straszne realia, w jakich przyszło żyć kolegom Rysia i jego rodzinie, może wzbudzić empatię. Dołączone do książki rysunki dopełniają tego piekielnego obrazu. Można również pogratulować wydawnictu Ha!art pięknego wydania tej publikacji.    




      Apte. Niedokończona powieść.


      Piotr Głuchowski

      Marcin Kowalski


      Korporacja Ha!art

      Kraków 2010

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maksiczek
      Czas publikacji:
      wtorek, 21 września 2010 21:03
  • wtorek, 31 sierpnia 2010
    • Poul Anderson i jego "Stanie się czas"


        

        


      "Stanie się czas" to fajna, przyjemna, krótka powiastka SF znanego w USA autora Poula Andersona.


                  Poznajemy głównego bohatera Jacka Haviga kiedy jest jeszcze dzieckiem. Ma fantastyczny dar przenoszenia się w czasie. W innych światach żyje kilka miesięcy albo i rok, a potem wraca do tej chwili w czasie, w której wyruszył w podróż w czasie. O Jacku opowiada nie wszechwiedzący narrtor, ale również postać z książki. Jest nim powiernik Jacka, lekarz rodzinny, przyjaciel rodziny. To ciekawy zabieg narracyjny, bo skoro o tym wszystkim opowiada nam przyjaciel Jacka, możemy z góry założyć przy czytaniu, że pewne sprawy mogą mu być nieznane. Logiczne jest więc, że niektóre podróże Jacka doktor zna tylko połowicznie, a z kolei mniej ważne wydarzenia zna bardziej szczegółowo. Taki zabieg narracyjny usprawiedliwa również niewielki rozmiar książki, przypominającą w formie bardziej długie opowiadanie, niż prawdziwą powieść. Biorąc również pod uwagę fakt, że wszystko się dzieje linearnie, od dzieciństwa po wiek dojrzały głównej postaci. A dzieje się dużo, Jack wciąż przenosi się w czasie i do różnych, zarabia mnóstwo pieniędzy handlując kosztownościami i walutą. I tu właściwie wypada mi zamilczeć na temat jego historii, ponieważ dzieje się ona po kolei, więc streszczanie jej byłoby pozbawianiem frajdy z czytania. Ciekawy jest motyw cywilizacyjny i kulturowy. Jack porównuje się mentalnie i kulturowo z innym podróżnikiem w czasie, który zbudował w przeszłości osadę dla takich jak oni. Ich metody działania podczas podróży w czasie są oceniane, jako prymitywne i nieludzkie, co tłumaczy nam narrator doktor, powtarzając słowa Jacka, od którego usłyszał sąd, że prymitywność i bezwględność tamtych podróżników w czasie wynika z ich osadzenia, czyli wychowania w minionych wiekach. Brzmi to dosłownie jak gloryfikacja teraźniejszych czasów, kulturalnych i rozwiniętych cywilizacyjnie, w których wychował się Jack, w połowie XX wieku. Ciekawa jest również "doskonała pamięć" narratora doktora, który przecież nie kreuje się na wszechwiedzącego, a mimo to opowiada ze szczegółami o wielu rzeczach, kto co kiedy powiedział, jak wyglądał i nawet co czuł. Dość to naiwne, ale od młodego czytelnika zwykle właśnie autor spodziewa się takiej naiwności, dzięki której będzie mógł on zatopić się w przygodach bohatera. "Stanie się czas" to dobra, na przyzwoitym poziomie literatura młodzieżowa. Polecam.


      Poul Anderson

      Stanie się czas

      Prószyński

      Warszawa 2010

      Książka była bezpłatnym dodatkiem do miesięcznika Nowa Fantastyka


      nf-logo2

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maksiczek
      Czas publikacji:
      wtorek, 31 sierpnia 2010 23:22
  • piątek, 27 sierpnia 2010
  • czwartek, 26 sierpnia 2010
  • środa, 18 sierpnia 2010

Wyszukiwarka

Kategorie

Tagi

Autorzy

Kanał informacyjny

logo_znak 10lat haartu nf-logo2 Spis moli Gazetaliteracka.pl allarte polityka_literatury_okladka_s Lacan_okladka_II zygmunt kultura_niezalezna_w_polsce_1989_2009 agamben_okladka_s ateisci okladka_przewodnik_lewicy_s cegła funky koval janion NWS KP białystok racjonalista maklakiewicz czuły barbarzynca liternet dfv glam godard wiekszy ha32_450 logouwb uwr mib logo lampa logo noir plakat-biurowiec-sztuki-2010Poprawka-1024x687 logo biurowca sztuki bzn_button_250px_normal fabryka słów pasjapisania fundmiasto film-art-sztuka-filmowa-wprowadzenie-bprod58575874 warsztat-pisarza-jak-pisac-zeby-publikowac-bprod58830341 agnosiewicz strug-młody